Malinowe gacie

Wpisy

  • wtorek, 08 października 2013
    • Melduję wykonanie zadania

      Próbuję napisać coś od godziny, ale nie wychodzi. To nie był zwykły bieg, bo wokół mojego debiutu na dystansie półmaratonu wydarzyło się tak wiele, że nie mam pojęcia od czego zacząć. Może od samej imprezy, bo przyznam szczerze, że rozmach organizacyjny mnie kompletnie zaskoczył i chyba nawet czasami byłem wszystkim przytłoczony.

      Bieg Lwa Legnickiego

      Bieg Lwa Legnickiego organizowany jest od tak wielu lat, że jego obraz utarł mi się w głowie, jako amatorska impreza, skupiająca niewiele osób. Nie zmienił tego nawet fakt, że w 2012 roku pierwszy raz w historii została zorganizowana na dystansie 21 kilometrów. Zainteresowanie nadal nie było zbyt duże, zapewne m.in. przez słabą promocję. W tym roku ilość zapisów przerosła nawet organizatorów. Było ich tak wiele, że zdecydowano się na limit 700 osób – wpłata „startowego” na zasadzie kto pierwszy, ten lepszy. Jeśli w następnym roku tendencja zwyżkowa się utrzyma, bieg będzie musiał się przenieść na ulice miasta. Już w tym roku te 700 osób na starcie stadionu „bocznego” nie było zbyt dobrym pomysłem.

      Druga sprawa to publiczność. Nie spodziewałem się tak ogromnej ilości widzów zarówno na stadionie (około tysiąca osób), jak i na samej trasie. Na całej długości dystansu stali ludzie, którzy dopingowali oklaskami wszystkich biegnących, podawali wodę, wspierali okrzykami. To był dla mnie jeden z tych niezwykłych momentów, których tego dnia wydarzyło się jeszcze mnóstwo.

      Jak pobiegłem? Jak na nowicjusza przystało – popełniłem wszystkie możliwe błędy charakteryzujące debiutantów. Wystartowałem spokojnie, ale kompletnie nie wiedziałem, jak się zachować wśród takiego natłoku biegaczy i to był chyba drugi moment, w którym utraciłem kontrolę nad planem biegu. Pierwszy to zbyt duże emocje przed startem, które przyznaję, spaliły mnie w znacznym stopniu. To wszystko spowodowało, że cały plan, który zakładał spokojny bieg przez 14 kilometrów i mocne przyspieszenie w końcówce, zamienił się w walkę o przetrwanie. Biegłem za szybko przez 2/3 dystansu, przez co na 16 kilometrze zaczęły się ogromne problemy z mięśniami nóg (klasyczna wata).

      Na trasie

      Wydawało mi się, że umiem kontrolować prędkość biegu bez telefonu czy biegowego zegarka, okazało się jednak, że nie. Za głośno słuchałem również muzyki. Odizolowałem się przez to od rzeczywistości, co na pewno miało wpływ na złe tempo biegu. Tak więc ostatnie kilometry zamieniły się w koszmar. Poradziłem sobie z tym, z czego jestem cholernie dumny, szczerze jednak przyznam, że do tej chwili nie mam pojęcia, jakiej siły woli użyłem, aby nie myśleć o przeszywającym mnie bólu. Naprawdę musiałem sięgnąć do głębokich pokładów energii, zarówno mentalnej, jak i fizycznej, żeby nie zejść z trasy. Jeszcze raz powtórzę – to był koszmar, na który w ogóle nie byłem przygotowany. W treningu rozkładałem siły perfekcyjnie i nie spodziewałem się takich kłopotów na trasie. Takiego natłoku negatywnych myśli (nie dam rady, wszystko spierdoliłem itd.) nie miałem chyba nigdy. Nie dość, że ledwo ciągnąłem nogi za sobą, to jeszcze musiałem walczyć z psychiką.

      W obliczu tego, jakże duże było moje zaskoczenie, kiedy zobaczyłem swój czas po przebiegnięciu mety – 1:54:58, a więc poniżej dwóch godzin. To był mój cel i udało się go zrealizować. Fakt, że nie tak miało to wyglądać, nie miał dla mnie już wtedy znaczenia. Najpierw byłem mega oszołomiony, a później już tylko szczęśliwy. Można dyskutować, o ile lepszy miałbym czas, gdybym biegł zgodnie z założeniami. Można rozmyślać nad tym wszystkim, ale po co? Tak ogromnego bagażu doświadczeń nie wyciągnąłbym z miliona treningów, których, co przyznaję, poza ostatnim miesiącem, miałem zdecydowanie za mało. Przed startem miałem w nogach zaledwie 250 km, dla porównania, moja mama – 930. Czy po czymś takim, można jeszcze raz popełnić te same błędy? Nie wydaje mi się.

      Transparent

      Dalej było już tylko przyjemnie. Po pierwsze mama, która biegała w treningu na czas w okolicach dwie godziny z minutami, przybiegła trzy minuty po mnie! Kolejny raz pokazała mega klasę. Krysia rozegrała swój bieg perfekcyjnie i wpadła na metę uśmiechnięta i dałbym głowę, że nawet niezbyt zmęczona. Po drugie chwile wzruszenia wśród licznej grupy znajomych, przyjaciół i rodziny. Transparent, doping, wsparcie – to jest nie do przecenienia. Aga kochanie, Sara, Tadek, Marta, Szulc, Burek, Łuki, Marek, Karolina, Ewelina, Ewela z Emilką, Witek, Bożenka – dzięki Wam ten dzień był jednym z najpiękniejszych w moim życiu. Transparent przyciągnął fotoreporterów z gazet lokalnych i dziennikarzy radiowych, dzięki czemu udzieliłem z mamą pierwszego w życiu wywiadu do radia (tutaj do wysłuchania). Każdy, kto ukończył bieg otrzymał medal od organizatorów, na którym po ukończonej trasie wygrawerowano imię i nazwisko wraz z czasem ukończenia. Jakby tego było mało, mama odebrała puchar i nagrodę za drugie miejsce w swojej kategorii (K50+), ale nie tylko jej było dane stanąć na podium. Kiedy mieliśmy już opuszczać ceremonię zakończenia okazało się, że wylosowałem nagrodę pocieszenia w postaci weekendowego pobytu dla dwóch osób w domu wczasowym w Przesiece. Dziesiątka, z którą biegłem okazała się wiec podwójnie szczęśliwa.

      Podium

      Podium

      Medal

      Na zakończenie pozostawiam Wam zdjęcie z transparentem, który wisiał na mecie. Bieganie to niesamowita przygoda, ale i świetny trening siły woli. Polecam, bo już zasmakowałem. A to na pewno nie koniec. Ja zostaję z bieganiem na stałe. Dostałem zaproszenie do trenowania w klubie Feniks. Wynik, jak na debiut niby mam dobry, ale z drugiej strony jest z czego "schodzić".

      Poniżej również mała galeria z biegu w miniaturach. Bezpośredni link do niej tutaj.

      Transparent

      

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Melduję wykonanie zadania”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 października 2013 22:55
  • poniedziałek, 09 września 2013
    • Miesiąc do startu

      Czas zleciał niesamowicie szybko, za cztery tygodnie moja wielka próba. Pierwszy raz odkąd zdecydowałem, że pobiegnę te 21 kilometrów w Biegu Lwa Legnickiego, zaczynam miewać wątpliwości, pojawia się pierwszy stres. Zapewne wynika to z tego, że w moim wielkim planie pojawiły się lekkie obsuwy. Nie będę się rozpisywał na temat powodów, ale nie udało mi się wykonać wszystkich założeń, do tego doszedł urlop w połowie sierpnia i teraz trochę muszę gonić czas. Zakładanego wyniku czasowego prawdopodobnie już nie osiągnę, więc aby ciśnienia zeszły, postanowiłem ten półmaraton po prostu przebiec. Nie zakładam sobie żadnego konkretnego celu, poza dobiegnięciem do mety. W końcu to mój debiut.

      W tej chwili treningi są już dość intensywne. Biegałem  trzy, a w tej chwili biegam już cztery razy w tygodniu, opierając się mniej lub więcej na określonym wcześniej planie. W treningu jest bieg z narastającą prędkością, interwały i biegi czasowe. Nie mam problemów z kondycją, natomiast nie do końca czuję, żebym był dostatecznie „rozbiegany”. Jestem jednak pewny, że za trzy tygodnie, na tydzień przed startem, wszystko będzie w normie. Dodatkowo ćwiczę mięśnie (przysiady, brzuchy itd.), często też się rozciągam. Nie mam żadnej specjalnej diety. Wiem, że to pewnie źle, ale od czasu do czasu pozwalam sobie na piwo, czy dwa kieliszki wina. Nie sądzę jednak, że mi to w jakiś sposób przeszkadza. Wręcz uważam, że mi się należy, bo wyrzeczeń i tak jest dużo.

      Powoli rozplanowuję sobie również ostatni tydzień przed startem, kiedy treningi powinny być już mniej intensywne. Korzystając z rad maratończyka Bartosza Olszewskiego (tutaj jego artykuł) mam również plan dnia startu. Dużo mądrzejszy jestem jednak nie tylko dzięki artykułom. Treningi, które mam za sobą przyniosły mi ogromny wachlarz doświadczeń, które mam nadzieję zaprocentują w czasie biegu. Tak naprawdę, to byłem sam sobie królikiem doświadczalnym. W tym przypadku jednak nauka zdobyta na bazie własnych błędów, jest na wagę złota.

      To mój ostatni wpis przed startem. Jak się czuję? Dziwnie. Trochę zgasł we mnie ten początkowy, dziecinny entuzjazm. W jego miejsce wskoczyła masa uczuć tak zmiennych, że ciężko tu o nich pisać. No ale tu nie chodzi tylko o przebiegnięcie 21 kilometrów. Może ten bieg ma być swoistym treningiem wiary we własne możliwości? Tego też trzeba się w życiu nauczyć. Na pewno się żadnym wątpliwościom nie poddam!

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 09 września 2013 10:21
  • środa, 12 czerwca 2013
    • Prace Małe

      Dziś osiągnąłem kolejny sukces. Pierwszy raz, w czasie kolejnej, tygodniowej nieobecności w Legnicy, związanej z pracą, kontynuowałem przygotowania. Biegam już więc nawet na wyjazdach. Uznałem, że to warte odnotowania z trzech powodów:
      - nie wziąłem ze sobą stabilizatorów, a kolana pracowały, jak u nastolatka ;-)
      - udało mi się utrzymać założone z góry tempo przez cały bieg (6:30/1km), chociaż gdyby były problemy, to by mi się i tak udało :) miałem towarzystwo na rowerze, ale korekty zwolnij/przyśpiesz nie były potrzebne. Pierwszy raz biegłem tak niskim tempem. W taki właśnie sposób chcę przebiec pierwsze dwa kilometry półmaratonu. No a poza tym dziś było mega słońce.
      - to była najpiękniejsza trasa, jaką do tej pory biegłem. Prace Małe leżą w połowie drogi między Grójcem, a Warszawą (ok. 20 km). Te okolice województwa Mazowieckiego są niezwykle urokliwe. Wszystko oblewa zieleń lasów, pól i sadów, a wokół słychać tylko świerszcze i ptaki.

      Poniżej trasa i czasy:

      Trasa Prace Małe

      1 km / 00:06:28
      2 km / 00:06:40
      3 km / 00:06:40
      4 km / 00:06:34
      5 km / 00:06:29
      6 km / 00:06:21
      7 km / 00:06:15
      8 km / 00:06:25
      9 km / 00:06:27

      A tak wygląda wieczór w tej niezwykle malowniczej części Polski...

      Prace Małe

      Łukasz Anczyk 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 12 czerwca 2013 19:33
  • środa, 29 maja 2013
    • Ratts of the Capital

      Minął miesiąc od ostatniego wpisu, czas więc na małe podsumowanie pierwszego etapu przygotowań do półmaratonu. Im bliżej mojego debiutu w biegach, tym wpisy będą pojawiać się częściej, a na pewno w czasie tego najważniejszego, rozplanowanego na 12 tygodni przed startem, okresu treningowego.

      Gwoli informacji, biegam w tej chwili rekreacyjnie, bez konkretnego planu. Większość treningów, to improwizacja. Raz biegam czasówki na stadionie (godzina w jednym tempie), raz kilometrówki (konkretny dystans z planem do zrealizowania). Przyzwyczajam w ten sposób organizm do wysiłku, z naciskiem na kolana, które niestety są moją piętą achillesową. W tej chwili nie jestem w stanie przebiec dystansu powyżej 10 kilometrów bez stabilizatorów. Lewe kolano mi się od czasu do czasu „blokuje”, w prawym rzepka nie ma dobrej stabilizacji. To są niestety lata gry na hali w gałę, bez porządnej rozgrzewki. Wydaje mi się, że nauczyłem się biegać dobrze technicznie. Nie mam żadnych problemów wydolnościowych, bóle w nogach, które pojawiały się w czasie pierwszych treningów, w tej chwili nie nasilają się lub zniknęły kompletnie. Nie wiem czym to było spowodowane, ale największy ból miałem w okolicach nad kostkami. W tej chwili nawet o tym nie pamiętam.

      Skupienie

      Na to chciałem poświęcić osobny akapit. Po pierwszym miesiącu treningów zrozumiałem, że cała tajemnica biegów polega na skupieniu. Przynajmniej ja tak mam. Wyrobiłem w sobie taki stan skupienia, porównywalny chyba do medytacji, że w czasie biegu jestem kompletnie sam ze sobą i narzuconym rytmem biegu. W sumie, to ciężko to opisać. Kiedy po pierwszych kilometrach „wejdę” kompletnie w dany rytm, nogi powoli zaczynają biec same, zmęczenie zanika, a ja bez trudu zaczynam przyspieszać. Poniżej umieszczam podsumowanie z jednego z dynamicznych treningów. 7 kilometrów przebiegłem w 32 minuty, ze średnim tempem 4:30 na kilometr. Najlepszy czas – ostatni kilometr w 4 minuty i 18 sekund. Wniosek jest prosty – taktyka na półmaraton, to spokojny start ze stopniowym przyspieszaniem. Tak biega mi się zdecydowanie najlepiej.

      Splits

      Muzyka

      Biegam zawsze ze słuchawkami na uszach. To zresztą chyba jedna z tajemnic „wyciszenia” w czasie biegu. Każdy trening to inna porcja muzyki. Chcę dobrać najlepszy zestaw utworów na październik. Niech będzie on swoistego rodzaju dozwolonym dopingiem, kompilacją na każdą możliwość, która pozwoli pokonać na trasie największe trudności. O dziwo, wiele utworów, o których myślałem, że są idealne na bieganie, nie sprawdziło się w terenie. Inne natomiast zaskoczyły mnie swoją siłą i energią, z której oczywiście czerpię na całego. Nie ustawiam niczego konkretnego do słuchania. Mam ogromny zbiór, kilkadziesiąt giga muzyki, odtwarzanej z przypadku. Spójrzcie jeszcze raz na powyższą tabelkę z czasami. Na 6 kilometrze złapała mnie blokada w lewym kolanie. Po kilkudziesięciu metrach byłem pewny, że to koniec biegu. Ambicja nie pozwoliła mi się jednak zatrzymać, do tego na uszach brzmiał akurat „Rats of the Capital” Mogwai. Jestem pewny dwóch rzeczy – to, że nie przerwałem biegu i że kolejny kilometr przebiegłem w rekordowym dla tego dnia czasie, to duża zasługa muzyki. A tak na marginesie – Mogwai i bieganie??? W życiu bym nie przypuszczał. Na ostatnie siedem kilometrów w październiku zarzucę chyba „My Father, My King” ;-)

      Zagrożenia

      Największym zagrożeniem dla treningów są niestety obowiązki dnia codziennego. W maju dwa tygodnie przebywałem w delegacji, w czasie której najczęściej myślałem o odpoczynku w hotelu, niż bieganiu. I mimo największych chęci, często nie dałem rady wygospodarować choćby pół godziny, aby pobiegać. Na szczęście nie ma u mnie spadku motywacji. Choćbym był zmęczony nie wiadomo jak, pewnie bardzie psychicznie, niż fizycznie, i tak idę na zaplanowany trening. Są jednak takie sytuacje życiowe, najczęściej niespodziewane, że nic się wtedy nie da zrobić. Takich życzę sobie jak najmniej.

      Uzależnienie

      Stan skupienia, o którym pisałem wcześniej, powoduje że w czasie biegu nie myślę o niczym. Jestem jak kompletnie oderwany od otaczającej rzeczywistości. Czuję się wtedy bosko, a więc pewnie organizm wytwarza mi w mózgu jakieś substancje mające wpływ na tak wysoki poziom szczęścia ;-) A to uzależnia! ;) Myślę o bieganiu prawie codziennie. Bez żadnej przesady powiem, że każdego nowego biegu nie mogę się wprost doczekać. Często w dni przerwy mam ochotę iść biegać ponownie, na szczęście hamuje mnie myśl o kontuzji. Jednym słowem – uważajcie, to uzależnia! Ja jestem uzależniony na sto procent.

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 29 maja 2013 15:32
  • piątek, 26 kwietnia 2013
    • Run Forrest Run

      Słowem wstępu – zawsze chciałem zrobić w życiu coś takiego, z czego będę mega dumny. Coś, po czym, jak rano wstanę z łóżka, poczuję się jak boss. W przeciągu wielu lat pomysłów i planów miałem miliony. Większość nawet zacząłem, niestety żadnego z tematów nie doprowadziłem do końca (przykład Malinowych Gaci jest tu bardzo dobry). Nie wiem, czym jest to spowodowane. Być może nie jestem zbyt zorganizowany, być może zbyt wiele rzeczy mnie pasjonuje, przez co nie mogę skupić się na czymś konkretnym. Postanowiłem sobie więc wyznaczyć cel, który, metodą Kaizen, da mi oczekiwane spełnienie, a przy okazji nauczy doprowadzać plany, marzenia i pasje do końca. To nie jest nic wielkiego, niezwykłego, ale na pewno da mi wiele na przyszłość. A więc klamka zapadła – startuję w Biegu Lwa Legnickiego na dystansie półmaratonu. Chcę w końcu zrobić coś od początku, do końca. Ciężko zapracować, aby w końcu, tu bez metafory, dobiec do linii mety.

      Długo zastanawiałem się w jakiej formie zahartować swój charakter. Ludzie stawiają sobie różne cele i z pasją dążą do ich realizacji. Jedni potrafią z Pruszkowa wypłynąć do wielkiej europejskiej piłki i strzelić Realowi Madryt 4 bramki. Inni skaczą ze stratosfery. A mi najbardziej zaimponowała moja mama, która w zeszłym roku, w wieku 54 lat wykosiła wszystkich w rzeczonym wyżej biegu Lwa Legnickiego i zdobyła wszystkie możliwe wyróżnienia, nie tylko w swojej kategorii wiekowej. Nigdy nie widziałem kogoś tak zmęczonego i jednocześnie szczęśliwego. Czułem wtedy tak wielką dumę, że ciężko to opisać. To właśnie wtedy zdecydowałem się na bieganie. Zapragnąłem poczuć to spełnienie. Być jak boss. Osiągnąć zaplanowany cel o startu do mety. Przygotowania do realizacji i finalny bieg mają tak namacalną formę, że nic lepszego na pewno nie da się wymyślić.

      Zwycięska Krysia

      Rodzina pęka z dumy

      Postanowiłem całe te przygotowania opisywać. Rejestrować nie tylko treningi, budowanie formy, ale i chwile zwątpienia, porażki. Robię to oczywiście wyłącznie dla siebie i nie każę tego nikomu czytać (szczególnie jeśli trafią tu ludzie, którym nie wysłałem linka i mnie nie znają). Ale mam nadzieję (to do moich znajomych i przyjaciół), że będziecie mi kibicować i że w miarę możliwości stawicie się 6 października na starcie biegu. Jesteście wszyscy zaproszeni. Obiecuję, że jeśli nie przytrafi mi się żadna kontuzja (oprócz treningów biegowych, mam zamiar kontynuować kopanie gały), będzie co oglądać. Nie chciałem zakładać nowego bloga, więc wszelakie wpisy na ten temat znajdziecie na Malinowych Gaciach, otagowane jako Run Forrest Run.

      Do rejestracji treningów wybrałem aplikacje Map My Run. Rejestrował będę każdą jednostkę treningową (biegam tylko w trybie ciągłym, bez przerw) i pełne statystyki tych biegów (mapa biegu, długość, czas, tempo z rozbiciem na 1 kilometr) będą dostępne na mapmyrun.com. Natomiast na blogu będę oczywiście pisał podsumowania pewnych cykli treningowych, ewentualnie istotne dla przygotowań wydarzenia.

      W jakiej jestem formie? Nie byłbym sobą gdybym tego nie sprawdził. Oczywiście to co poniżej jest z mojej strony dużym błędem i tak naprawdę groziło kontuzją już na początku. Ale musiałem to zrobić. Jak na faceta, który wstał po zimie z kanapy (trochę to naciągane) nie jest źle. Wykonałem już dwa treningi w trybie ciągłym. Pierwszy trening wykonałem na 1/3 dystansu półmaratonu, na bardzo wysokie tempo (czas na kilometr poniżej 5 minut – rekordowe tempo jednego kilometra 4:45). 7 kilometrów przebiegłem w 36 minut! Przyznaję, ze po tym biegu byłem wyczerpany. Dwa dni później trening na jednostajne tempo w granicach 5:45 na kilometr – bez żadnego problemu udało mi się przebiec 14 kilometrów w czasie 1:21:01. Statystyki poniżej. Od tego momentu biegam zgodnie z planem treningowym. Na początek dwa biegi w tygodniu w niskim tempie poniżej 6 minut na 6 kilometrów. Trzeba organizm przystosować do wysiłku stopniowo. Nie chcę pozrywać mięśni, rozwalić kolan czy stawów.

                  Create Maps or search from 80 million at MapMyRun       

      
      Tempo na 7 km

                  Create Maps or search from 80 million at MapMyRun       


      Czasy na 14 km 
       

      To tyle na dziś. Jeśli macie ochotę cos napisać, zostawicie pod wpisem komentarz. Jeśli trafili tu ludzie czekający na nowe wpisy Malinowych Gaci – są plany, aby ten blog zaczął żyć. Nie chce nic obiecywać, ale czuje znów pasję do pisania i jak widzicie pracuję na sobą. Postaram się nie zawieść. Zdrówka życzę. Hej Miedź!

      Łukasz Anczyk.

      PS. Duże podziękowania dla Tomka Kostusia. Stary, gdyby nie ty, pewnie znów skończyłoby się na gadaniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Run Forrest Run”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      piątek, 26 kwietnia 2013 14:07
  • czwartek, 16 sierpnia 2012
    • Usprawiedliwiam się

      Czuję się zobowiązany do napisania krótkiego wyjaśnienia w stosunku do osób, które czekają na nowe teksty pod szyldem „malinowych gaci”. Docierają do mnie liczne głosy zniecierpliwienia i rozczarowania, że blog nie jest aktualizowany. Z całego serca dziękuję Wam za zainteresowanie. Niestety projekt powstał w momencie, w którym dużo czasu musiałem poświęcić pracy zawodowej. W wolnych chwilach, które normalnie poświęcałem na pisanie tekstów, nie ruszałem komputera, bo była to ostatnia rzecz, na którą miałem ochotę. Sytuacja jednak wraca do normalności. Po urlopie, który planuję na wrzesień, obiecuję wrócić do pisania. Postaram się wynagrodzić Wam długie oczekiwanie.

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Usprawiedliwiam się”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 sierpnia 2012 10:24
  • środa, 09 listopada 2011
  • środa, 12 października 2011
    • Upadek Augusta Cezara

      Historia meczu, którą za chwile przeczytacie, jest dowodem na magiczną nieprzewidywalność futbolu oraz tym, jak niewiarygodny wpływ ma on na losy ludzkie. To opowieść o spełnieniu marzeń i bolesnym upadku ze szczytu. Dla mnie nie jest to typowe story o zwycięstwie Dawida nad Goliatem, choć trzeba przyznać, że w tamto kwietniowe popołudnie, drużyny Arsenalu i Luton Town kadrowo dzieliła przepaść. I mimo, że w końcowej klasyfikacji ligi Kanonierzy wyprzedzili piłkarzy Ray’a Harforda zaledwie o trzy pozycje, w finale Littlewoods Cup (ówczesna nazwa Pucharu Ligi) byli murowanym faworytem do zwycięstwa. Los jednak, po raz kolejny, zakpił sobie ze wszystkich futbolowych analiz. Historia Arsenalu obfituje w zdarzenia bolesne, a 24 kwietnia 1988 roku jest jednym z tych szczególnie okrutnych dni. Kibice Kanonierów, udający się spokojnym krokiem w stronę Empire Way, nie spodziewali się, że wpadną w tak chytrze zastawioną pułapkę. Upalne popołudnie na Wembley, zamieniło się dla nich w piekielną udrękę.

      Holders against Underdogs! – grzmiały gazety w nagłówkach. Obrońcy tytułu przeciwko wyrobnikom z miasta kapeluszy. W 88 roku mijały 103 lata od założenia klubu piłkarskiego w Luton, któremu nigdy nie było dane zdobyć żadnego znaczącego trofeum. Najbliżej przełamania tej passy The Hatters byli w 1959 roku, jednak po dwóch szybkich ciosach Dwighta i Wilsona nie podnieśli się już z kolan i przegrali w finale Pucharu Anglii z Nottingham Forest 2-1. Arsenal z kolei zdążył do tamtego czasu wygrać 8 razy ligę, 5 razy zdobył Puchar Anglii i rok wcześniej triumfował w Littlewoods Cup. To miał być kolejny dzień chwały dla Tony’ego Adamsa – klubowej legendy i wojownika, stojącego u progu swojej wielkiej kariery, wspaniałego Michaela Thomasa czy pozyskanego rok wcześniej z Leicester City, skutecznego do bólu Alana Smitha. Po meczu mówiono jednak tylko o jednym piłkarzu Kanonierów. Gus Caesar został jednogłośnie obwiniony za całe zło, które spadło na drużynę i kibiców. Obrońca Arsenalu w ciągu jednego wieczoru stal się synonimem przegranej szansy i upadku. Zadecydował o tym ułamek sekundy. Moment, w którym Gus mógł wybić piłkę z pola karnego, jednak, w godny pożałowania sposób, pomylił się okrutnie.



      Gdyby, ktoś kiedykolwiek zapytał mnie o najbardziej niewiarygodny, zatrzymujący dech w piersiach mecz, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem, wymieniłbym pewnie z 10 – 15 pozycji. Jednak finał Littlewoods Cup jest pod tym względem wyjątkowy. Jeśli przyjąć za kryterium oceny spotkania doskonałego ilość bramek i akcji, ilość niespodziewanych zwrotów sytuacji i zaskakujących wydarzeń oraz ilość niekończących się latami pomeczowych dyskusji, w tradycyjnym dla tego przypadku tonie co by było, gdyby, finał Pucharu Ligi z 88 roku byłby bezsprzecznie w ścisłej czołówce. W 2007 roku dziennik Guardian umieścił mecz Arsenalu z Luton na liście największych zapomnianych klasyków piłkarskich. Nie ma się jednak co dziwić. W epoce cudów, jakie wyprawiają z piłką Messi czy Ronaldo, lud pragnie masowej konsumpcji. Nikt już nie zadowoli się pojedynczym, genialnym podaniem rezerwowego obrońcy Luton, otwierającym Brianowi Steinowi drogę do zwycięskiej bramki. A przecież, z pozoru niezdarne, dośrodkowanie Ashleya Grimesa, (lewą nogą z prawego skrzydła!), ociera się o geniusz. Piękno epoki futbolu romantycznego polega miedzy innymi na tym, że nawet największym zdarzały się błędy, a tym stojącym w głębokim cieniu, wielkie zagrania. Automatyzm i przewidywalność zepchnęły czar tamtych lat do lamusa.

      Przed finałem Pucharu Ligi Arsenal zmierzył się dwukrotnie z Luton w lidze. Na Kenilworth Road był remis 1-1, natomiast dwa miesiące przed wizytą na Wembley obie jedenastki stoczyły zawzięty bój na Highbury, w którym Luton przegrał nieznacznie 1-2. W szatni The Hatters nie było więc mowy o panice czy strachu. Nie zmienił tego nawet fakt, że na wyspach panowała zgodna opinia o wyższości ekipy George’a Grahama nad przeciwnikiem. Trudno powiedzieć, czy słaby początek spotkania w wykonaniu Kanonierów wynikał z pogardy do rywala. Nie odważyłbym się na takie stwierdzenie. Na pewno jednak zawodnicy Arsenalu czuli wyższość nad przeciwnikiem. Murawa Wembley była im bardziej bliska. Rok wcześniej rozegrali na niej wspaniały bój z Liverpoolem i nie można zaprzeczyć, że w 88 roku wracali tam po prostu po swoje.

      Kiedy w 13 minucie Steve Foster przerzucił piłkę nad wszystkimi obrońcami Arsenalu, a Brian Stein pokonał Johna Lukicia, dam sobie głowę uciąć, że nikt nawet nie pomyślał o porażce The Gunners. Osłupienie? Na pewno. Skąd ten pieprzony Stein wziął się za naszymi plecami? – musiał pomyśleć każdy z obrońców Arsenalu. Trzeba przyznać, że to była magia. Goleador z Luton wyskoczył do zagranej przez Fostera piłki, jak królik z kapelusza. Goniący za nim Gus Caesar mógł oglądać tylko jego plecy. Jak on to zrobił? – co najwyżej tego typu dylemat zaprzątał głowy defensywy Kanonierów. Zdumieni stali przez chwilę w polu karnym, ale utracona bramka nie zrodziła w nich niepewności, co do końcowego wyniku. Adams, Lukic czy Sansom musieli przeżywać dodatkowo małe deja vu. Rok wcześniej, w finale tego samego pucharu, za sprawą Iana Rusha, Arsenal przegrywał po 23 minutach z Liverpoolem. Na wyspach krążyło wtedy powiedzenie When Ian Rush scores, Liverpool don't Lose (Kiedy Ian Rush strzela, Liverpool nie przegrywa). Po dwóch bramkach Charliego Nicholasa, dających zwycięstwo Kanonierom, stało się ono kompletnie nieaktualne. Czy gol Steina mógł więc w jakiś sposób podciąć skrzydła podopiecznym Grahama? Na pewno nie.

      Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Arsenal nie grał źle, ale nie grał też ma tyle dobrze, aby strzelić bramkę. Defensywa Luton, dyrygowana przez niezawodnego Steve’ego Fostera, nie dała Kanonierom zbyt wielu okazji do wyrównania. Foster, jak i jego partner ze środka obrony, Martin Donaghy, stanowili dwie silne wieże w taktycznej szachownicy Harforda. Byli twardzi, nieustępliwi, dobrze ustawiali się do akcji, zasłaniając piłce drogę do bramki. Taki schemat środka obrony jest stosowany w Anglii do dziś, szczególnie w słabszych drużynach Premiership. Chodziło po prostu o to, aby Smith i Groves nie rozwinęli skrzydeł. Ten drugi był w pierwszej połowie na tyle bezradny, że w przerwie zmienił go Martin Hayes, wychowanek Arsenalu, od pięciu lat nieskutecznie dobijający się do pierwszego składu.

      Na dwadzieścia minut przed końcem meczu, szarżujący David Rocastle został ostro sfaulowany w środku pola. To była ta część spotkania, w której bezradność Arsenalu wręcz kłuła w oczy. Schemat zakończenia akcji powtarzał się aż do znudzenia; faul, złe podanie, niecelny strzał. Klasyczny Same Old Arsenal – jedni powiedzą pechowy, inni, że nudny. Oczywiście, paradoksalnie, właśnie wtedy padł wyrównujący gol. Jakże niespodziewany był to zwrot akcji, można zrozumieć oglądając samą bramkę. Michael Thomas zagrał delikatnie do Paula Davisa, a ten wrzucił w pole karne najbardziej pokraczną piłkę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Wysoką i, jakże by inaczej, niecelną. Foster wybił ją bez problemu, z tym, że wprost pod nogi wprowadzonego Hayesa. Atakujący Kanonierów grał równie bezradnie, jak Groves, którego zmienił, ale to on przywrócił wszystkim wiarę w końcowy sukces. Co więcej, bramka, którą zdobył była dla Luton ciosem prosto w szczękę. Underdogs zachwiali się na nogach, a upadek wydawał się niemal pewny. Trzy minuty po golu Hayesa, trafił Smith, ale piłkarzom Arsenalu było ciągle mało. W końcu ich akcje zaczęły się zazębiać, a oni czerpali z tego wręcz sadystyczną satysfakcję. Atakowali jak wściekłe psy, które poczuły krew ofiary. W ciągu pięciu minut Hayes trafił w słupek, Smith w poprzeczkę, a strzały Rocastle’a i Thomasa wybronił Dibble. Kiedy na 10 minut przed końcem, po faulu Donaghy’ego, sędzia pokazał na jedenasty metr, rozpoczęło się ringowe odliczanie. Wydawałoby się, ostateczny cios, miał zadać Nigel Winterburn.

      Winternburn przyszedł do Arsenalu rok przed finałem i spędził w sumie na Highbury 13 lat. W defensywie kanonierów miał zająć miejsce Viviana Andersona, sprzedanego do Manchesteru United. Pierwszy sezon miał przeciętny, zapewne dlatego, że Graham na siłę próbował ustawić go na prawej stronie. Tylko i wyłącznie w tym fakcie upatruję przyczyny, dla której facet nigdy nie wykonujący rzutów karnych, stanął, zamiast Thomasa, z piłką na jedenastym metrze. Winternburn zapewne chciał się w końcu pokazać kibicom Kanonierów z dobrej strony. Wtedy na Wembley dostał wyśmienitą szanse. Nie można sobie wyobrazić lepszej okazji, niż przypieczętowanie pewnego zwycięstwa w finale ligowego pucharu. Jego pech polegał na tym, że Dibble karnego obronił, a szczęście, że w składzie Arsenalu był jeszcze Gus Caesar.

      Kiedy zabierałem się do spisania historii tego spotkania, zastanawiałem się długo, jaki nadać jej tytuł. Wątków jest w niej przecież tak wiele, że można by obdzielić nimi kilka opowieści. Jest klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem, mamy dwóch bohaterów ławki rezerwowych, jest wyżej wspomniany Winternburn i rozgrywający szczytowy mecz swojej kariery Dibble. Robiłem wszystko, aby, w przeciwieństwie do angielskich kibiców, nie skupić się za bardzo na Gusie Caesarze. Zawsze uważałem, że to niestrzelony karny, a nie późniejsza błazenada Augusta, był przyczyną porażki The Gunners. Z czasem zrozumiałem jednak, że tu nie chodzi o to, dlaczego Arsenal przegrał, ale jakim cudem Gus w ogóle znajdował się w szerokiej kadrze Kanonierów. Można gdybać, że gdyby nie spaprana jedenastka, nie byłoby dramatycznej historii tego spotkania. Tylko, że Winternburn, po słabym początku, obronił swoja pozycję na Highbury. A Gus? Po pierwsze grał w tak ważnym meczu tylko dlatego, że kontuzji nabawił się David O’Leary, po drugie, lepiej że facet został sprowadzony na ziemię tak spektakularnie i wcześnie. Mógłby pozostać w pierwszym zespole na kolejny rok, a jego mierne umiejętności mogłyby wyjść na światło dzienne na przykład na Anfield, rok później, podczas wielkiej batalii o mistrzostwo. Błędu w takim meczu nikt by mu nie wybaczył. Dla przypomnienia – tamten ligowy mecz z Liverpoolem dla wielu kibiców Arsenalu jest uważany, za najważniejszy w klubowej historii…

      Nick Hornby w Fever Pitch pisał: – Wiedzieliśmy, że zanosi się na kłopoty na Wembley, kiedy O’Leary odniósł kontuzję i Gus był jedynym kandydatem na jego miejsce. Caesar trzymał się jakoś, lecz na siedem minut przed końcowym gwizdkiem piłka wpada w pole karne. Gus usiłuje ją wykopnąć z całej siły, lecz nie trafia i przewraca się. W tym momencie wygląda jak przypadkowy człowiek z ulicy, który wygrał zawody mające wyłonić środkowego obrońcę w meczu finałowym na Wembley. Zupełnie nie przypomina zawodowego piłkarza. W zamieszaniu Danny Wilson pochyla się i głową kieruje piłkę do bramki, zdobywając wyrównującego gola dla Luton.

      Wilson wyrównuje stan meczu, po fatalnym zagraniu Gusa Caesara (fot. Mirror Photos)

      Po golu Wilsona Kapelusznicy złapali drugi oddech, natomiast Arsenal kompletnie stanął. Drużyna, która jeszcze parę minut wcześniej nacierała na swojego rywala z niespotykaną energią, oddała w meczu inicjatywę, nabuzowanym wyrównująca bramką, piłkarzom Ray’a Harforda. Wyrok został wykonany, ale przez powstających, jak Feniks z popiołów zawodników Luton. W ostatniej minucie spotkania Stein, wykorzystując kompletnie pasywną postawę środkowych obrońców, wspaniale wykończył, opisane już wyżej, magiczne zagranie rezerwowego Grimesa. Kanonierzy byli na kolanach.



      To był najwspanialszy moment w historii Luton Town. Na najwyższym szczeblu rozgrywek zespół grał do sezonu 1991/1992, kiedy to 10 latach spadł do drugiej, a po trzech następnych do trzeciej ligi. Jednak najgorsze miało dopiero przyjść. Z powodu braku płynności finansowych, Luton dwa razy był oddany pod zarząd sądowy i karany ujemnymi punktami. Kolejne degradacje były kwestią czasu. Obecnie zespół gra w Blue Square BET Premier, która jest piątym poziomem ligowym w Anglii. W dwudziestą rocznicę finału Littlewoods Cup, na Kenilworth Road został rozegrany mecz, w którym zespół legend Luton ponownie pokonał drużynę legend Arsenalu 2-1.

      Spotkanie po latach, czyli Littlewoods Cup 20th Anniversary (fot. lutonfc.com)

      A co z Gusem? Został w Arsenalu do końca kontraktu, ale, szczególnie po zakupie Goulda, Patesa i Lininghana, nie był brany przy ustalaniu składu. W 91 roku odszedł za darmo do Cambridge United, a potem do Bristol City, gdzie jednak kariery nie zrobił. Z każdym sezonem jego sportowa degradacja się pogłębiała i Gus tułał się po coraz niższych ligach. Karierę piłkarską zakoczył w… Hong Kongu. Dziś pracuje jako finansista, ale, jak podkreśla w każdym z wywiadów, nadal po nocach dręczą go koszmary z Wembley. W 2007 roku dziennik The Times ułożył listę 50 najgorszych piłkarzy grających kiedykolwiek w Anglii. Gus zajął w nim mało zaszczytne trzecie miejsce.

      Łukasz Anczyk



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Upadek Augusta Cezara”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 12 października 2011 11:25
  • środa, 05 października 2011
    • Prolog

      Zakochałem się w piłce nożnej tak, jak później zakochiwałem się w kobietach: nagle, niewytłumaczalnie, bezkrytycznie, nie myśląc o bólu ani kłopotach, jakie będą temu towarzyszyły. – Tak Nick Hornby zaczyna Futbolową Gorączkę, czyli opowieść o swojej obsesji, jaką stał się dla niego futbol. Cytuję klasyka, bo nie sam nigdy nie potrafiłem lepiej oddać stanu, w którym znalazłem się w wieku jedenastu lat, po moich pierwszych dziewięćdziesięciu minutach spędzonych na stadionie. Zauroczenie było natychmiastowe. Spodobało mi się to całe zamieszanie, związane z niezrozumiałym wtedy dla mnie show, odgrywanym przez facetów w za małych spodenkach i dziwnych koszulkach z wielkim, trójkątnym dekoltem. Nie rozumiałem kompletnie nic, tym bardziej, że drużyna, której zażarcie kibicowało ponad 5 tysięcy facetów przegrała 0-2, a po meczu wszyscy się cieszyli się jak dzieci. Dopiero później dowiedziałem się, że w tej całej zabawie chodzi dodatkowo o punkty, tabele i całą masę innych, pozaboiskowych rzeczy. Rozentuzjazmowany tłum, wypełniający praktycznie wszystkie, wtedy jeszcze ławki, miejskiego stadionu w Legnicy oszalał po końcowym gwizdku, bo ich ukochany zespół utrzymał się w debiutanckim sezonie w drugiej lidze. Wynik był nieważny, skoro liczba punktów w tabeli okazała się zadawalająca.

      Długo nie akceptowałem takiego stanu rzeczy. Ogrom czasu minął, zanim przestałem patrzeć na piłkę nożną z perspektywy pojedynczego meczu. Pamiętam, jak w 91 roku oglądałem w telewizji starcie reprezentacji Polski z Irlandią. Po spotkaniu zakończonym remisem 3-3 wszyscy byli niezadowoleni. Ciągle ktoś cos mówił o straconych szansach na awans, kibice w Poznaniu przez długą część meczu gwizdali, a ja byłem chyba jedyną osobą zadowoloną w pełni z tego, co było mi dane zobaczyć. Nie interesowała mnie matematyka. Pamiętam ten mecz, jako walkę do samego końca o korzystny wynik. Byłem dumny z tego, że piłkarze reprezentacji mojego kraju zakończyli zawody remisem, pomimo, ze przegrywali już dwoma bramkami. Irlandczyków odbierałem jako potężnych gladiatorów, prawie tak silnych, jak Anglicy, sprawcy tego całego zamieszania. Z historii futbolu kojarzyłem niewiele. Wiedziałem, że skoro w Anglii wymyślono piłkę nożną, to właśnie Anglicy musza być w niej najlepsi. Z tego powodu bardzo długo nie rozumiałem, jakim cudem na mistrzostwach świata w 1990 roku, zajęli dopiero czwarte miejsce. Tym bardziej niepojęte było dla mnie niezadowolenie kibiców tamtego październikowego wieczoru. Pokazaliśmy charakter w walce z wyspiarzami, którzy powinni nas zmieść z powierzchni ziemi. Podobała mi się nieustępliwość naszych piłkarzy. Grali do końca i dla mnie byli bohaterami.

      W nagłówku „o blogu” piszę o tęsknocie za futbolem romantycznym. Oczywiście, że łatwo jest patrzeć na piłkę w sposób opisany wyżej, kiedy się jest dzieckiem. Wtedy wszystko wydaje się czarujące i niepowtarzalne. Jednak w tamtym okresie niemal każdy mecz miał swoją historię. Wiele spotkań było wprost wypełnionych zdarzeniami, które sprawiały, że na wieczność przechodziły do annałów futbolu, a na pewno pozostały na zawsze w naszych głowach. Bez patrzenia w Google, pamiętacie kogo Barcelona pokonała w ćwierćfinale zeszłorocznej Ligi Mistrzów? Bo ja nie. Ale o każdej porze wymienię wam składy drużyn z finału Pucharu Polski z 1992 roku, albo wyjściową jedenastkę na mecz z Norwegią w 2001. Tamte mecze nie były masową produkcją, nastawioną na zarobienie niebotycznych pieniędzy. Dziś prawdopodobnie Tomaszewski nie przeżyłby takiego bombardowania piłką, jaką zaserwowali mu napastnicy reprezentacji Anglii na Wembley, a Legia zatrzymałaby się w 91 roku dużo wcześniej, niż w półfinale PZP. Piękno piłki wszak wywodzi się z prostoty i nizin społecznych. Z ubóstwa i czystej pasji. Doskonałość ją zabija. Nadmiar pieniędzy obdziera ze szczerości. Dziś już nie chodzi o to, żeby wygrać mecz. Chodzi o to, aby zaspokoić coraz bardziej pazerne potrzeby sponsorów. Nie ważne jak, nie ważne za ile. Zgadzać się muszą jedynie rachunki. Honor? Pasja? Dumna? Zawodnik dziś pokocha każdy klub, który mu solidnie i na czas zapłaci.

      Oczywiście, jak wspomniałem w nagłówku, nie jestem blogowym Piechniczkiem. Rozumiem i akceptuję obecny stan. Świat się zmienia, a wszystko wraz z nim. Dziecięca naiwność jest piękna, ale zapewne na dłuższą metę zgubna. Dziś futbol nadal mnie pasjonuje, choć jest to pasja pełna kompromisów i wyrzeczeń. Ja postanowiłem nie negować warunków, na jakich piłka dziś funkcjonuje, a ona zwraca mi to w małych dawkach emocji, których smak poznałem za dziecka. Poza tym, wciąż jest wielu ludzi, tak jak ja, tęskniących za futbolem romantycznym. Swoje pasje odnajdujemy w niższych ligach lub we wspomnieniach. Tymi wspomnieniami mam zamiar się dzielić z Wami. Nie pozwolę, żeby świat zapomniał, że prawdziwa piłka to ta z podwórek, gdzie za bramkę robił trzepak. Opowiem Wam mnóstwo historii i podzielę się z Wami pasją, jaką od 11 roku życia jest dla mnie wyspiarski futbol. Przypomnę wiele spotkań, które do dziś wzruszają mnie do łez i jeśli dobrze znam siebie, ponarzekam na stan dzisiejszy. O tym właśnie będzie ten blog. O wspaniałej przeszłości i teraźniejszości widzianej oczami niepoprawnego romantyka. Bez patosu i zbędnego nudzenia.

      Zapraszam.

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Prolog”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 05 października 2011 11:51

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Nie jestem blogowym Antonim Piechniczkiem, lubię dzisiejszą piłkę, nawet tą przystrojoną w garnitury Armaniego. Ale każdego dnia tęsknię za futbolem romantycznym, z facetami bez reklam na koszulkach i w za małych spodenkach. Wszystkim łapczywie konsumującym marketingowe produkty piłkopodobne przypominam, że ciągle chodzi tylko o kopanie kawałka skóry napełnionego powietrzem. Nie gramy przecież o... malinowe gacie.