Malinowe gacie

Wpisy

  • środa, 09 listopada 2011
  • środa, 12 października 2011
    • Upadek Augusta Cezara

      Historia meczu, którą za chwile przeczytacie, jest dowodem na magiczną nieprzewidywalność futbolu oraz tym, jak niewiarygodny wpływ ma on na losy ludzkie. To opowieść o spełnieniu marzeń i bolesnym upadku ze szczytu. Dla mnie nie jest to typowe story o zwycięstwie Dawida nad Goliatem, choć trzeba przyznać, że w tamto kwietniowe popołudnie, drużyny Arsenalu i Luton Town kadrowo dzieliła przepaść. I mimo, że w końcowej klasyfikacji ligi Kanonierzy wyprzedzili piłkarzy Ray’a Harforda zaledwie o trzy pozycje, w finale Littlewoods Cup (ówczesna nazwa Pucharu Ligi) byli murowanym faworytem do zwycięstwa. Los jednak, po raz kolejny, zakpił sobie ze wszystkich futbolowych analiz. Historia Arsenalu obfituje w zdarzenia bolesne, a 24 kwietnia 1988 roku jest jednym z tych szczególnie okrutnych dni. Kibice Kanonierów, udający się spokojnym krokiem w stronę Empire Way, nie spodziewali się, że wpadną w tak chytrze zastawioną pułapkę. Upalne popołudnie na Wembley, zamieniło się dla nich w piekielną udrękę.

      Holders against Underdogs! – grzmiały gazety w nagłówkach. Obrońcy tytułu przeciwko wyrobnikom z miasta kapeluszy. W 88 roku mijały 103 lata od założenia klubu piłkarskiego w Luton, któremu nigdy nie było dane zdobyć żadnego znaczącego trofeum. Najbliżej przełamania tej passy The Hatters byli w 1959 roku, jednak po dwóch szybkich ciosach Dwighta i Wilsona nie podnieśli się już z kolan i przegrali w finale Pucharu Anglii z Nottingham Forest 2-1. Arsenal z kolei zdążył do tamtego czasu wygrać 8 razy ligę, 5 razy zdobył Puchar Anglii i rok wcześniej triumfował w Littlewoods Cup. To miał być kolejny dzień chwały dla Tony’ego Adamsa – klubowej legendy i wojownika, stojącego u progu swojej wielkiej kariery, wspaniałego Michaela Thomasa czy pozyskanego rok wcześniej z Leicester City, skutecznego do bólu Alana Smitha. Po meczu mówiono jednak tylko o jednym piłkarzu Kanonierów. Gus Caesar został jednogłośnie obwiniony za całe zło, które spadło na drużynę i kibiców. Obrońca Arsenalu w ciągu jednego wieczoru stal się synonimem przegranej szansy i upadku. Zadecydował o tym ułamek sekundy. Moment, w którym Gus mógł wybić piłkę z pola karnego, jednak, w godny pożałowania sposób, pomylił się okrutnie.



      Gdyby, ktoś kiedykolwiek zapytał mnie o najbardziej niewiarygodny, zatrzymujący dech w piersiach mecz, jaki kiedykolwiek w życiu widziałem, wymieniłbym pewnie z 10 – 15 pozycji. Jednak finał Littlewoods Cup jest pod tym względem wyjątkowy. Jeśli przyjąć za kryterium oceny spotkania doskonałego ilość bramek i akcji, ilość niespodziewanych zwrotów sytuacji i zaskakujących wydarzeń oraz ilość niekończących się latami pomeczowych dyskusji, w tradycyjnym dla tego przypadku tonie co by było, gdyby, finał Pucharu Ligi z 88 roku byłby bezsprzecznie w ścisłej czołówce. W 2007 roku dziennik Guardian umieścił mecz Arsenalu z Luton na liście największych zapomnianych klasyków piłkarskich. Nie ma się jednak co dziwić. W epoce cudów, jakie wyprawiają z piłką Messi czy Ronaldo, lud pragnie masowej konsumpcji. Nikt już nie zadowoli się pojedynczym, genialnym podaniem rezerwowego obrońcy Luton, otwierającym Brianowi Steinowi drogę do zwycięskiej bramki. A przecież, z pozoru niezdarne, dośrodkowanie Ashleya Grimesa, (lewą nogą z prawego skrzydła!), ociera się o geniusz. Piękno epoki futbolu romantycznego polega miedzy innymi na tym, że nawet największym zdarzały się błędy, a tym stojącym w głębokim cieniu, wielkie zagrania. Automatyzm i przewidywalność zepchnęły czar tamtych lat do lamusa.

      Przed finałem Pucharu Ligi Arsenal zmierzył się dwukrotnie z Luton w lidze. Na Kenilworth Road był remis 1-1, natomiast dwa miesiące przed wizytą na Wembley obie jedenastki stoczyły zawzięty bój na Highbury, w którym Luton przegrał nieznacznie 1-2. W szatni The Hatters nie było więc mowy o panice czy strachu. Nie zmienił tego nawet fakt, że na wyspach panowała zgodna opinia o wyższości ekipy George’a Grahama nad przeciwnikiem. Trudno powiedzieć, czy słaby początek spotkania w wykonaniu Kanonierów wynikał z pogardy do rywala. Nie odważyłbym się na takie stwierdzenie. Na pewno jednak zawodnicy Arsenalu czuli wyższość nad przeciwnikiem. Murawa Wembley była im bardziej bliska. Rok wcześniej rozegrali na niej wspaniały bój z Liverpoolem i nie można zaprzeczyć, że w 88 roku wracali tam po prostu po swoje.

      Kiedy w 13 minucie Steve Foster przerzucił piłkę nad wszystkimi obrońcami Arsenalu, a Brian Stein pokonał Johna Lukicia, dam sobie głowę uciąć, że nikt nawet nie pomyślał o porażce The Gunners. Osłupienie? Na pewno. Skąd ten pieprzony Stein wziął się za naszymi plecami? – musiał pomyśleć każdy z obrońców Arsenalu. Trzeba przyznać, że to była magia. Goleador z Luton wyskoczył do zagranej przez Fostera piłki, jak królik z kapelusza. Goniący za nim Gus Caesar mógł oglądać tylko jego plecy. Jak on to zrobił? – co najwyżej tego typu dylemat zaprzątał głowy defensywy Kanonierów. Zdumieni stali przez chwilę w polu karnym, ale utracona bramka nie zrodziła w nich niepewności, co do końcowego wyniku. Adams, Lukic czy Sansom musieli przeżywać dodatkowo małe deja vu. Rok wcześniej, w finale tego samego pucharu, za sprawą Iana Rusha, Arsenal przegrywał po 23 minutach z Liverpoolem. Na wyspach krążyło wtedy powiedzenie When Ian Rush scores, Liverpool don't Lose (Kiedy Ian Rush strzela, Liverpool nie przegrywa). Po dwóch bramkach Charliego Nicholasa, dających zwycięstwo Kanonierom, stało się ono kompletnie nieaktualne. Czy gol Steina mógł więc w jakiś sposób podciąć skrzydła podopiecznym Grahama? Na pewno nie.

      Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Arsenal nie grał źle, ale nie grał też ma tyle dobrze, aby strzelić bramkę. Defensywa Luton, dyrygowana przez niezawodnego Steve’ego Fostera, nie dała Kanonierom zbyt wielu okazji do wyrównania. Foster, jak i jego partner ze środka obrony, Martin Donaghy, stanowili dwie silne wieże w taktycznej szachownicy Harforda. Byli twardzi, nieustępliwi, dobrze ustawiali się do akcji, zasłaniając piłce drogę do bramki. Taki schemat środka obrony jest stosowany w Anglii do dziś, szczególnie w słabszych drużynach Premiership. Chodziło po prostu o to, aby Smith i Groves nie rozwinęli skrzydeł. Ten drugi był w pierwszej połowie na tyle bezradny, że w przerwie zmienił go Martin Hayes, wychowanek Arsenalu, od pięciu lat nieskutecznie dobijający się do pierwszego składu.

      Na dwadzieścia minut przed końcem meczu, szarżujący David Rocastle został ostro sfaulowany w środku pola. To była ta część spotkania, w której bezradność Arsenalu wręcz kłuła w oczy. Schemat zakończenia akcji powtarzał się aż do znudzenia; faul, złe podanie, niecelny strzał. Klasyczny Same Old Arsenal – jedni powiedzą pechowy, inni, że nudny. Oczywiście, paradoksalnie, właśnie wtedy padł wyrównujący gol. Jakże niespodziewany był to zwrot akcji, można zrozumieć oglądając samą bramkę. Michael Thomas zagrał delikatnie do Paula Davisa, a ten wrzucił w pole karne najbardziej pokraczną piłkę, jaką tylko można sobie wyobrazić. Wysoką i, jakże by inaczej, niecelną. Foster wybił ją bez problemu, z tym, że wprost pod nogi wprowadzonego Hayesa. Atakujący Kanonierów grał równie bezradnie, jak Groves, którego zmienił, ale to on przywrócił wszystkim wiarę w końcowy sukces. Co więcej, bramka, którą zdobył była dla Luton ciosem prosto w szczękę. Underdogs zachwiali się na nogach, a upadek wydawał się niemal pewny. Trzy minuty po golu Hayesa, trafił Smith, ale piłkarzom Arsenalu było ciągle mało. W końcu ich akcje zaczęły się zazębiać, a oni czerpali z tego wręcz sadystyczną satysfakcję. Atakowali jak wściekłe psy, które poczuły krew ofiary. W ciągu pięciu minut Hayes trafił w słupek, Smith w poprzeczkę, a strzały Rocastle’a i Thomasa wybronił Dibble. Kiedy na 10 minut przed końcem, po faulu Donaghy’ego, sędzia pokazał na jedenasty metr, rozpoczęło się ringowe odliczanie. Wydawałoby się, ostateczny cios, miał zadać Nigel Winterburn.

      Winternburn przyszedł do Arsenalu rok przed finałem i spędził w sumie na Highbury 13 lat. W defensywie kanonierów miał zająć miejsce Viviana Andersona, sprzedanego do Manchesteru United. Pierwszy sezon miał przeciętny, zapewne dlatego, że Graham na siłę próbował ustawić go na prawej stronie. Tylko i wyłącznie w tym fakcie upatruję przyczyny, dla której facet nigdy nie wykonujący rzutów karnych, stanął, zamiast Thomasa, z piłką na jedenastym metrze. Winternburn zapewne chciał się w końcu pokazać kibicom Kanonierów z dobrej strony. Wtedy na Wembley dostał wyśmienitą szanse. Nie można sobie wyobrazić lepszej okazji, niż przypieczętowanie pewnego zwycięstwa w finale ligowego pucharu. Jego pech polegał na tym, że Dibble karnego obronił, a szczęście, że w składzie Arsenalu był jeszcze Gus Caesar.

      Kiedy zabierałem się do spisania historii tego spotkania, zastanawiałem się długo, jaki nadać jej tytuł. Wątków jest w niej przecież tak wiele, że można by obdzielić nimi kilka opowieści. Jest klasyczny pojedynek Dawida z Goliatem, mamy dwóch bohaterów ławki rezerwowych, jest wyżej wspomniany Winternburn i rozgrywający szczytowy mecz swojej kariery Dibble. Robiłem wszystko, aby, w przeciwieństwie do angielskich kibiców, nie skupić się za bardzo na Gusie Caesarze. Zawsze uważałem, że to niestrzelony karny, a nie późniejsza błazenada Augusta, był przyczyną porażki The Gunners. Z czasem zrozumiałem jednak, że tu nie chodzi o to, dlaczego Arsenal przegrał, ale jakim cudem Gus w ogóle znajdował się w szerokiej kadrze Kanonierów. Można gdybać, że gdyby nie spaprana jedenastka, nie byłoby dramatycznej historii tego spotkania. Tylko, że Winternburn, po słabym początku, obronił swoja pozycję na Highbury. A Gus? Po pierwsze grał w tak ważnym meczu tylko dlatego, że kontuzji nabawił się David O’Leary, po drugie, lepiej że facet został sprowadzony na ziemię tak spektakularnie i wcześnie. Mógłby pozostać w pierwszym zespole na kolejny rok, a jego mierne umiejętności mogłyby wyjść na światło dzienne na przykład na Anfield, rok później, podczas wielkiej batalii o mistrzostwo. Błędu w takim meczu nikt by mu nie wybaczył. Dla przypomnienia – tamten ligowy mecz z Liverpoolem dla wielu kibiców Arsenalu jest uważany, za najważniejszy w klubowej historii…

      Nick Hornby w Fever Pitch pisał: – Wiedzieliśmy, że zanosi się na kłopoty na Wembley, kiedy O’Leary odniósł kontuzję i Gus był jedynym kandydatem na jego miejsce. Caesar trzymał się jakoś, lecz na siedem minut przed końcowym gwizdkiem piłka wpada w pole karne. Gus usiłuje ją wykopnąć z całej siły, lecz nie trafia i przewraca się. W tym momencie wygląda jak przypadkowy człowiek z ulicy, który wygrał zawody mające wyłonić środkowego obrońcę w meczu finałowym na Wembley. Zupełnie nie przypomina zawodowego piłkarza. W zamieszaniu Danny Wilson pochyla się i głową kieruje piłkę do bramki, zdobywając wyrównującego gola dla Luton.

      Wilson wyrównuje stan meczu, po fatalnym zagraniu Gusa Caesara (fot. Mirror Photos)

      Po golu Wilsona Kapelusznicy złapali drugi oddech, natomiast Arsenal kompletnie stanął. Drużyna, która jeszcze parę minut wcześniej nacierała na swojego rywala z niespotykaną energią, oddała w meczu inicjatywę, nabuzowanym wyrównująca bramką, piłkarzom Ray’a Harforda. Wyrok został wykonany, ale przez powstających, jak Feniks z popiołów zawodników Luton. W ostatniej minucie spotkania Stein, wykorzystując kompletnie pasywną postawę środkowych obrońców, wspaniale wykończył, opisane już wyżej, magiczne zagranie rezerwowego Grimesa. Kanonierzy byli na kolanach.



      To był najwspanialszy moment w historii Luton Town. Na najwyższym szczeblu rozgrywek zespół grał do sezonu 1991/1992, kiedy to 10 latach spadł do drugiej, a po trzech następnych do trzeciej ligi. Jednak najgorsze miało dopiero przyjść. Z powodu braku płynności finansowych, Luton dwa razy był oddany pod zarząd sądowy i karany ujemnymi punktami. Kolejne degradacje były kwestią czasu. Obecnie zespół gra w Blue Square BET Premier, która jest piątym poziomem ligowym w Anglii. W dwudziestą rocznicę finału Littlewoods Cup, na Kenilworth Road został rozegrany mecz, w którym zespół legend Luton ponownie pokonał drużynę legend Arsenalu 2-1.

      Spotkanie po latach, czyli Littlewoods Cup 20th Anniversary (fot. lutonfc.com)

      A co z Gusem? Został w Arsenalu do końca kontraktu, ale, szczególnie po zakupie Goulda, Patesa i Lininghana, nie był brany przy ustalaniu składu. W 91 roku odszedł za darmo do Cambridge United, a potem do Bristol City, gdzie jednak kariery nie zrobił. Z każdym sezonem jego sportowa degradacja się pogłębiała i Gus tułał się po coraz niższych ligach. Karierę piłkarską zakoczył w… Hong Kongu. Dziś pracuje jako finansista, ale, jak podkreśla w każdym z wywiadów, nadal po nocach dręczą go koszmary z Wembley. W 2007 roku dziennik The Times ułożył listę 50 najgorszych piłkarzy grających kiedykolwiek w Anglii. Gus zajął w nim mało zaszczytne trzecie miejsce.

      Łukasz Anczyk



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Upadek Augusta Cezara”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 12 października 2011 11:25
  • środa, 05 października 2011
    • Prolog

      Zakochałem się w piłce nożnej tak, jak później zakochiwałem się w kobietach: nagle, niewytłumaczalnie, bezkrytycznie, nie myśląc o bólu ani kłopotach, jakie będą temu towarzyszyły. – Tak Nick Hornby zaczyna Futbolową Gorączkę, czyli opowieść o swojej obsesji, jaką stał się dla niego futbol. Cytuję klasyka, bo nie sam nigdy nie potrafiłem lepiej oddać stanu, w którym znalazłem się w wieku jedenastu lat, po moich pierwszych dziewięćdziesięciu minutach spędzonych na stadionie. Zauroczenie było natychmiastowe. Spodobało mi się to całe zamieszanie, związane z niezrozumiałym wtedy dla mnie show, odgrywanym przez facetów w za małych spodenkach i dziwnych koszulkach z wielkim, trójkątnym dekoltem. Nie rozumiałem kompletnie nic, tym bardziej, że drużyna, której zażarcie kibicowało ponad 5 tysięcy facetów przegrała 0-2, a po meczu wszyscy się cieszyli się jak dzieci. Dopiero później dowiedziałem się, że w tej całej zabawie chodzi dodatkowo o punkty, tabele i całą masę innych, pozaboiskowych rzeczy. Rozentuzjazmowany tłum, wypełniający praktycznie wszystkie, wtedy jeszcze ławki, miejskiego stadionu w Legnicy oszalał po końcowym gwizdku, bo ich ukochany zespół utrzymał się w debiutanckim sezonie w drugiej lidze. Wynik był nieważny, skoro liczba punktów w tabeli okazała się zadawalająca.

      Długo nie akceptowałem takiego stanu rzeczy. Ogrom czasu minął, zanim przestałem patrzeć na piłkę nożną z perspektywy pojedynczego meczu. Pamiętam, jak w 91 roku oglądałem w telewizji starcie reprezentacji Polski z Irlandią. Po spotkaniu zakończonym remisem 3-3 wszyscy byli niezadowoleni. Ciągle ktoś cos mówił o straconych szansach na awans, kibice w Poznaniu przez długą część meczu gwizdali, a ja byłem chyba jedyną osobą zadowoloną w pełni z tego, co było mi dane zobaczyć. Nie interesowała mnie matematyka. Pamiętam ten mecz, jako walkę do samego końca o korzystny wynik. Byłem dumny z tego, że piłkarze reprezentacji mojego kraju zakończyli zawody remisem, pomimo, ze przegrywali już dwoma bramkami. Irlandczyków odbierałem jako potężnych gladiatorów, prawie tak silnych, jak Anglicy, sprawcy tego całego zamieszania. Z historii futbolu kojarzyłem niewiele. Wiedziałem, że skoro w Anglii wymyślono piłkę nożną, to właśnie Anglicy musza być w niej najlepsi. Z tego powodu bardzo długo nie rozumiałem, jakim cudem na mistrzostwach świata w 1990 roku, zajęli dopiero czwarte miejsce. Tym bardziej niepojęte było dla mnie niezadowolenie kibiców tamtego październikowego wieczoru. Pokazaliśmy charakter w walce z wyspiarzami, którzy powinni nas zmieść z powierzchni ziemi. Podobała mi się nieustępliwość naszych piłkarzy. Grali do końca i dla mnie byli bohaterami.

      W nagłówku „o blogu” piszę o tęsknocie za futbolem romantycznym. Oczywiście, że łatwo jest patrzeć na piłkę w sposób opisany wyżej, kiedy się jest dzieckiem. Wtedy wszystko wydaje się czarujące i niepowtarzalne. Jednak w tamtym okresie niemal każdy mecz miał swoją historię. Wiele spotkań było wprost wypełnionych zdarzeniami, które sprawiały, że na wieczność przechodziły do annałów futbolu, a na pewno pozostały na zawsze w naszych głowach. Bez patrzenia w Google, pamiętacie kogo Barcelona pokonała w ćwierćfinale zeszłorocznej Ligi Mistrzów? Bo ja nie. Ale o każdej porze wymienię wam składy drużyn z finału Pucharu Polski z 1992 roku, albo wyjściową jedenastkę na mecz z Norwegią w 2001. Tamte mecze nie były masową produkcją, nastawioną na zarobienie niebotycznych pieniędzy. Dziś prawdopodobnie Tomaszewski nie przeżyłby takiego bombardowania piłką, jaką zaserwowali mu napastnicy reprezentacji Anglii na Wembley, a Legia zatrzymałaby się w 91 roku dużo wcześniej, niż w półfinale PZP. Piękno piłki wszak wywodzi się z prostoty i nizin społecznych. Z ubóstwa i czystej pasji. Doskonałość ją zabija. Nadmiar pieniędzy obdziera ze szczerości. Dziś już nie chodzi o to, żeby wygrać mecz. Chodzi o to, aby zaspokoić coraz bardziej pazerne potrzeby sponsorów. Nie ważne jak, nie ważne za ile. Zgadzać się muszą jedynie rachunki. Honor? Pasja? Dumna? Zawodnik dziś pokocha każdy klub, który mu solidnie i na czas zapłaci.

      Oczywiście, jak wspomniałem w nagłówku, nie jestem blogowym Piechniczkiem. Rozumiem i akceptuję obecny stan. Świat się zmienia, a wszystko wraz z nim. Dziecięca naiwność jest piękna, ale zapewne na dłuższą metę zgubna. Dziś futbol nadal mnie pasjonuje, choć jest to pasja pełna kompromisów i wyrzeczeń. Ja postanowiłem nie negować warunków, na jakich piłka dziś funkcjonuje, a ona zwraca mi to w małych dawkach emocji, których smak poznałem za dziecka. Poza tym, wciąż jest wielu ludzi, tak jak ja, tęskniących za futbolem romantycznym. Swoje pasje odnajdujemy w niższych ligach lub we wspomnieniach. Tymi wspomnieniami mam zamiar się dzielić z Wami. Nie pozwolę, żeby świat zapomniał, że prawdziwa piłka to ta z podwórek, gdzie za bramkę robił trzepak. Opowiem Wam mnóstwo historii i podzielę się z Wami pasją, jaką od 11 roku życia jest dla mnie wyspiarski futbol. Przypomnę wiele spotkań, które do dziś wzruszają mnie do łez i jeśli dobrze znam siebie, ponarzekam na stan dzisiejszy. O tym właśnie będzie ten blog. O wspaniałej przeszłości i teraźniejszości widzianej oczami niepoprawnego romantyka. Bez patosu i zbędnego nudzenia.

      Zapraszam.

      Łukasz Anczyk

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Prolog”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      lukasz.anczyk
      Czas publikacji:
      środa, 05 października 2011 11:51

Kalendarz

Maj 2012

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Nie jestem blogowym Antonim Piechniczkiem, lubię dzisiejszą piłkę, nawet tą przystrojoną w garnitury Armaniego. Ale każdego dnia tęsknię za futbolem romantycznym, z facetami bez reklam na koszulkach i w za małych spodenkach. Wszystkim łapczywie konsumującym marketingowe produkty piłkopodobne przypominam, że ciągle chodzi tylko o kopanie kawałka skóry napełnionego powietrzem. Nie gramy przecież o... malinowe gacie.